Wejście w życie regulacji Komisji Europejskiej zmuszające linie lotnicze do podawania w reklamach ostatecznej ceny biletów. Mamy do czynienia z tą sytuacją juz jakiś czas, jest to zatem dobry moment by przyjrzeć się jak zmienił się marketing linii lotniczych.
Nie za złotówke to za 99
W tej chwili wszyscy próbują złapać klienta podając najniższą taryfę (brutto/wraz z opłatami/zawiera wszystkie opłaty) i… oszukują wszyscy, zmieniła się tylko kwota. I tak Lufthansa proponuje bilet w 2 strony do Chartumu za niecałe 2 000 PLN rozysłając newsletter i w 5 minut później kiedy wchodzę na stronę rezerwacji, najtańszy lot z Warszawy koszttuje już ponad 3 000.
Nie sądze żeby nagle wszyscy chcieli zwiedzić Sudan, po prostu dział marketingu przewoźnika stwierdził, że tak będzie korzystniej. Nie inaczej jest u przewoźników nisko-kosztowych. Centralwings reklamuje loty za stokilkadziesiąt złotych, które dla podróżujących do Chorwacji są nie do zdobycia.
Czy zatem rzeczywiście podrózni teraz nie czują się oszukani widząc reklamy? A może chodziło o zmniejszenie dysproporcji pomiędzy liniami tradycyjnymi i tanimi? Może poprostu lobby Lufthansy i British Airways miało dość reklam konkurencji i w ten sposób próbowano zmienić przekaz reklamowy?
Te pytania pozostawiam bez odpowiedzi, chcę jednak podkreślic, że nigdy nie byłem zwolennikiem wprowadzenia tego przepisu. Uważam, że pozbawia on linie lotnicze bardzo ważnego elementu negocjacji w walce z portami lotniczymi. Zawsze jednak byłem za tym, żeby linie lotnicze pokazywały rzeczywiste taryfy, a nie cene jednego, najtańszego biletu na oferowanych kilka- lub kilkanaście tysięcy miejsc.
Eryk Kłopotowski - od lipca 2007 prowadzi Transworld Communications, firmę zajmującą się doradztwem w branży lotniczej oraz Public Relations. Wcześniej pracował w SkyEurope Airlines i Air Polonia. Ukończył Szkołę Główną Handlową
|